2008-12-26

Podróż Bangkok i Ayutthaya

Opisywane miejsca: Tajlandia
Typ: Blog z podróży

Morze Poludniowochinskie,  02.01.2000, Wtorek 

Spokoj. Predkosc dobra, pogoda niezla. Jak zwykle mnostwo papierkowej roboty w zwiazku z rozliczaniem zakonczonego miesiaca. Roboty tym wiecej, ze w Bangkoku nikt do tego nie mial glowy. Teraz trzeba sie szybko uwinac. 

Wroce jeszcze do wspomnien z Tajlandii. Jedna rzecz mi sie tam nie podobala. Niekompetencja taksowkarzy. Czesto bladzili po miescie, nie bardzo wiedzac dokad jechac. Z dwojga zlego lepsze byloby od razu stwierdzenie, ze nie wie czego szukam, niz tracic czas. W ten sposob nie zdolalem dotrzec do biura informacji turystycznej, aby dowiedziec sie czegos wiecej o turystycznych atrakcjach Bangkoku. Chcialem sie tez wybrac do dawnej stolicy Tajlandii, ktorej ruiny widzialem na widokowkach, ale nie wiedzialem jak sie tam w miare tanio dostac. Kiedy wreszcie kolejny taksowkarz wywiozl mnie na manowce, z pomoca przyszedl pracownik pobliskiego muzeum. Stwierdzil, ze biuro turystyczne, jak i wszystkie instytucje rzadowe jest juz nieczynne i zostanie otwarte dopiero po Nowym Roku. Swieta. Tajlandczycy nie swietuja Bozego Narodzenia, ale to nie przeszkadza im zafundowac sobie kilku wolnych dni na przelomie roku. Znow wiec musialem improwizowac. Mialem jedynie malo dokladny plan miasta zdobyty od wlasciciela tuk-tuka, ktory wozil mnie pierwszego dnia. Bylo tam kilka miejsc wyroznionych. Spytalem wiec kolejnego taksowkarza o Golden Mountain.

- Golden Mountain? Po co tam jechac? Zwykla gora i niewielka figura Buddy na szczycie.    Nic ciekawego.

- To moze Vimanmek Mansion? - zaproponowalem inny kierunek.

- Tam? - skrzywil sie taksowkarz. - Tam nie ma nic do ogladania. Drewniany palac i   troche eksponatow. I park dookola. Nic specjalnego.

- To w takim razie do Suan Phakkad Palace.- To mala budowla. Pojedziesz, rzucisz przez chwile okiem i to wszystko. Szkoda czasu!

- To co w takim razie jest do obejrzenia w Bangkoku? - zniecierpliwilem sie w koncu - bo  Wielki Palac juz widzialem.

- No to sam widzisz, ze nie bylo co ogladac. Palac i swiatynie. I nic wiecej nie zobaczysz -      taksowkarz byl strasznie zblazowany

- W Bangkoku mozesz pojechac do shopping center, albo pojsc do salonu masazu. Byles juz w salonie masazu?

- Nie, nie bylem.

- To musisz pojsc koniecznie. Zobacz, mam zdjecia.

- Nie interesuje mnie masaz. Chce cos obejrzec, zwiedzic.

- No to zostaje ci tylko shopping center. My tu mamy duzo nowoczesnych centrow handlowych. otwarte do poznej nocy. Pelno tam turystow. Chcesz jechac do drozszego czy do tanszego?

- Zawiez mnie do najblizszego - stwierdzilem lekko poirytowany.

- Ale to najblizsze to nie bedzie duze centrum handlowe. Raczej dwa male obok siebie.

- Ale tam wlasnie chce jechac! Byle blisko! - facet juz powoli wyprowadzal mnie zrownowagi. Cholera, zeby za wlasne pieniadze czlowiek nie mogl normalnie pojechac taksowka dokad chce!

Taksowkarzowi najwyrazniej spodobalo sie moje zdecydowanie.Ruszyl ostro do przodu, a ja korzystajac z ocieplenia atmosfery, sprobowalem dowiedziec sie ile moglaby kosztowac wycieczka do Atthuayi - owej sarej stolicy.

- Chcesz tam pojechac? - zdziwil sie taksowkarz - Moge cie tam zawiezc, ale szkoda  twojej forsy! Zaplacisz jakies 1200 bahtow tylko po to, zeby zobaczyc jakies kamienie, ruiny? Tam nie ma nic do ogladania!

Juz wiecej sie nie odezwalem. Cale szczescie, ze facet jest tylko taksowkarzem, a nie ministrem turystyki. Wysiadlem po chwili przed... supermarketem Carrefeur. Wszedlem do srodka. Prawie jak w Szczecinie. Kupilem sobie pare dzinsow za cztery dolary bo akurat byla promocja i pojechalem potem do "swojego" Mahboonkrong Shopping Center. Tam przynajmniej mialem swoje internet-cafe, a na parterze rowniez "swoj" bar, a w nim ulubiony,  piekielnie pikantny sea food rice. Za sprawa taksowkarza tego dnia ze zwiedzania nic nie wyszlo. Innym razem jechalismy w strone portu w slimaczym tempie, bo akurat byl popoludniowy szczyt. Taksowkarz (inny rzecz jasna) wkurzal sie strasznie, ale coz bylo zrobic. Nie przefruniemy przeciez. W koncu jednak, na kolejnych swiatlach zaproponowal abym... wysiadl, bo on spieszy sie juz do domu, a ja te reszte drogi moge pokonac na... motocyklu, ktory moge zatrzymac gdzies tu, na rogu. Tego bylo juz za wiele! Nawet w Nachodce az tak daleko sie nie posuwaja! Szlag mnie malo nie trafil i zaczalem na niego krzyczec, ze absolutnie nie wysiade i, ze jak nie chcial, to mogl nie jechac. Facet przyjal to do wiadomosci, ale bynajmniej nie spokojnie. Dostal ataku furii, wpadl w jakis amok i zaczal jechac niczym szaleniec. Gaz do dechy, hamulec, gaz do dechy, hamulec, gaz do dechy, zmiana pasa i pisk hamulcow. W pierwszej chwili pomyslalem, ze skoro jestes wariat, to twoja strata, w koncu to twoj samochod. W drugiej jednak chwili zapialem odpiety do tej pory pas, zaparlem sie w fotelu i zaczalem sie zastanawiac czy juz powinienem zaczac odmawiac zdrowaski. Ostatni pisk opon mial miejsce na kei juz przed nabrzezem. Za brak uprzejmosci ostentacyjnie, powoli odliczylem naleznosc wedlug licznika co do jednego bahta i wreczylem mu, sapiacemu z wscieklosci. Nawet nie zwrocil uwagi na brak napiwku. Ledwie wysiadlem, a ruszyl z piskiem opon i tyle go widzialem. Mam nadzieje, ze nie rozwalil sie gdzies po drodze. Moze to wszystko przez zone hetere, czekajaca na niego z obiadem? 29 grudnia wybralem sie do Vimamnek Mansion. Jest to najwieksza na swiecie drewniana rezydencja. Krol Rama V postanowil wybudowac go jako swoja siedzibe po powrocie z Europy w 1897 roku. Budowe rozpoczeto w 1901 roku, a 27 marca 1901 roku palac oddano do uzytku. Juz niedlugo bedzie wiec obchodzic stulecie swojego istnienia. Zwiedzanie, boso, podobnie jak w swiatyniach buddyjskich, mialo miejsce z przewodnikiem. Obejrzelismy ponad trzydziesci pokoi. Mi najbardziej podobala sie sala tronowa, oraz.... ciekawostka, krolewska lazienka z poczatku stulecia. Przewodniczka zas z ogromna attencja podkreslala angielskie badz francuskie pochodzenie mebli, instrumentow muzycznych , chinski lub niemiecki rodowod porcelany i.t.d. Wygladalo to troche tak jak u nas za czasow komuny - wszystko co zagraniczne musialo byc lepsze, bardziej wartosciowe. Po wyjsciu stamtad, cos mnie tknelo, zeby pojechac na dworzec kolejowy. To byl dobry impuls. Na dworcu dowiedzialem sie, ze z Ayutthaya jest polaczenie kolejowe. Po nastepnych paru minutach bylem juz posiadaczem specjalnej ulotki z rozkladem jazdy pociagow na tej trasie. Sporo ich bylo, a co najwazniejsze, byly wrecz smiesznie tanie. Przejazd pociagiem osobowym, co prawda trzecia klasa, ale innej nie bylo, kosztowal... 15 bahtow! W przeliczeniu na nasze to 1,50 zl. Prawie darmo, biorac pod uwage, ze jest to jednak 80 kilometrow. W jednej chwili bylem zdecydowany na wyjazd. dobrze sie skladalo, ze nazajutrz byla sobota. Moglem urwac sie ze statku wczesnie. Wiadomo, ze ani w Niemczech ani w Korei nikt w biurze nie siedzi i nie beda zawracac glowy teleksami. No, ale na dzisiaj dosyc. Kolejowa wycieczke opisze jutro.  

Morze Poludniowochinskie,  03.01.2001, Sroda 

Minelismy juz delte Mekongu i coraz bardziej zdecydowanie posuwamy sie na polnoc. Pogoda jeszcze niezla, ale nie ma zludzen, im blizej Tajwanu, tym gorzej. To chyba juz ostatni dzien w miare normalnych warunkow. Poza tym spokoj. Nikt nie przysyla teleksow. Tak jakby zadne biura na ladzie nie istnialy.No i dobrze. Nie ma teleksow to nie ma spraw do zalatwiania. 

Pozostala jescze do opisania wycieczka do starej stolicy Tajlandii. Wybralem sie tam w sobote, 30 grudnia. Ayutthaya lezy okolo 80 kilometrow na polnoc od Bangkoku i okazalo sie, ze ma calkiem dogodne polaczenie kolejowe z obecna stolica. Pociag, ktory wybralem odjezdzal o 11.15. Rano, po sniadaniu spokojnie poustawialem prace tak, aby wszystko na statku gralo, wyslalem codzienny raport do czarterujacego, wypilem kawe i pojechalem na lad. Wiekszosc ludzi zdazyla juz opuscic miasto na okres swiateczny wiec na ulicach wielkiego ruchu nie bylo i na dworzec dotarlem stosunkowo wczesnie. Tam ludzi bylo wiecej, bo korzystali z czasu wolnego. Kupilem bilet, rozgladalem sie za sobotnim wydaniem "Bangkok Post", ale nigdzie nie moglem dostac wiec ruszylem do pociagu. Sklad mial tylko wagony trzeciej klasy i byly one juz w wiekszosci przepelnione. Bylem zly na siebie, ze nie wzialem pod uwage takiej mozliwosci i nie probowalem zajac miejsca wczesniej. Pozniej jednak gore wzielo doswiadczenie z licznych podrozy naszymi kolejami za czasow komuny. Zanim wszedlem do srodka obejrzalem wiec sklad dookola i stwierdzilem, ze pierwszy wagon jest zupelnie pusty. na drzwiach byla przyczepiona jakas karteczka. Mogl to byc wagon pocztowy, sluzbowy albo dla matek z dziecmi. Tajlandzkich "krzaczkow" nie dalo sie odcyfrowac. Postanowilem jednak w tym upatrywac swojej szansy i wcisnac sie gdzies w okolice wlasnie tego wagonu. W srodku oprocz mnie stalo wielu Europejczykow, wyrzanie niezadowolonych z warunkow nierozpoczetej jeszcze podrozy. Miedzy nami rowniez pelno miejscowej ludnosci, ktora odrozniala sie tym, ze jadla na potege. Jedli i pili jak na jakims pikniku, mimo scisku. Widac zachowania ludzi sa podobne na calym swiecie. To, ze u nas tez zawsze po wejsciu do pociagu wyciagalo sie jajka na twardo, chleb, pomidory, herbate w termosie, mialo chyba jakies genetyczne uzasadnienie i dowodzi wspolnych przodkow naszych i tajlandzkich. Ledwie pociag ruszyl, w drzwiach pojawil sie konduktor sprawdzajacy bilety. Wagon za jego plecami pozostawal pusty. I wtedy ktos miejscowy o cos zapytal, konduktor skinal glowa i pierwszy czlowiek zajmowal siedzace miejsce . Natychmiast przesunalem sie blizej, podalem bilet i spytalem, czy tez moge tam wejsc. Konduktor sie zgodzil i jako czwarty albo piaty wchodzilem do pustego wagonu. Zajalem miejsce przy oknie. Po pieciu minutach wagon byl pelen Tajlandczykow z pieczonymi kurczakami, rybami, coca cola. I tylko Europejczycy, mimo, ze dotarli do tego wagonu, stali w przejsciach bo sie spoznili i dla nich juz miejsc zabraklo. Przez lata dobrobytu zatracili widac zupelnie instynkt przetrwania. Dobrze, ze po urlopie wroca do wygodnych domow, bo byloby z nimi cienko. O 13.00, dokladnie wedlug rozkladu jazdy, bylismy na miejscu. Wysiadlem i teraz czekala mnie proba negocjacji ceny wynajecia tuk-tuka. Wiedzialem tylko tyle, ze miasto jest rozlegle, a ja dawalem sobie trzy godziny wiec na piechote bedzie ciezko. Wiedzialem tez, ze w odroznieniu od Bangkoku, z taksowkami beda problemy i trzeba wynajac tuk-tuk. Szkoda, bo w taksowce jest licznik i sprawa prosta. Nie zdazylem jeszcze dobrze sie przyjrzec tablicy z informacjami, kiedy podszedl do mnie kierowca jednego z pojazdow.

- Dokad chcesz jechac? - zapytal

- Narazie ogladam plan - zagralem na zwloke. Tak Bogiem a prawda to nie mialem pojecia dokad chce jechac, poniewaz biura turystyczne byly nieczynne i planowalem ten wyjazd w ciemno.

- Duzo masz czasu?

- Trzy godziny.

Wtedy kierowca zaczal mi pokazywac na planie, co proponuje zobaczyc w trzy godziny. Byl bardzo mily, ale nie mowil nic na temat ceny, a to zle wrozylo.

- Ile to bedzie kosztowac? - zapytalem

- Tu jest napisane - pokazal na informacje ponizej planu.

Rzeczywiscie byly tam wypisane oplaty za przejazdy tuk-tukiem. Miedzy innymi tez koszt wynajecia: Dwiescie  bahtow za godzine. No nie, nie po to jechalem 80 kilometrow za 15 bahtow, zeby teraz za trzy godziny wycieczki po miescie zaplacic 600. Waz, ktory siedzial w kieszeni pokasalby mnie przy pierwszej probie siegniecia po portfel!

- 200 bahtow za godzine?! To jest strasznie drogo! - rozpoczalem znana spiewke.

- Taka jest cena oficjalna - pokazywal napis kierowca.

- Nie, tyle nie moge zaplacic - zaczalem odchodzic

- A ile mozesz zaplacic za trzy godziny?

- Trzysta bahtow - odpowiedzialem, sam sie dziwiac swojej bezczelnosci. Kierowce az odrzucilo. Zlapal sie za glowe, odwrocil i wybiegl z peronu. No, trudno, przesadzilem troche. Ale narazie nie zaprzatalem sobie tym glowy, bo w kiosku zobaczylem "Bangkok Post", ktorego daremnie szukalem rano. Kiedy placilem za gazete, przede mna znow pojawil sie ten sam kierowca.

- O.k., czterysta bahtow - zaproponowal - To moje ostatnie slowo.

Mam cie! Skoro godzisz sie na czterysta, to te trzysta nie bylo takie straszne! - pomyslalem.

- Niestety nie. Moge zaplacic najwyzej trzysta.

- Trzysta to za malo! Do swiatyn jest daleko!

- Pojde na piechote.

- Nie dasz rady w trzy godziny!

- Cos tam zobacze.

Oczywiscie nie mialem zamiaru isc na piechote, ale liczylem, ze jezeli nie dogadam sie z nim, znajdzie sie nastepny tuk-tuk. Wyszedlem przed dworzec i z pewna doza niepokoju stwierdzilem, ze ostatni Europejczycy, ktorzy nie marnowali czasu na kupowanie gazet, laduja sie wlasnie do ostatnich pojazdow.

- No dobra, trzysta piecdziesiat! - zagadnalem od niechcenia.

- Nie! Oficjalnie powinienes zaplacic szescset, a ja sie godze na czterysta. Wygladalo na to, ze jestesmy skazani na siebie, bo on nie ma innych klientow, a ja nie mam innego tuk-tuka.

- Jak nie to nie. ide na piechote. - Przewiesilem torbe przez ramie i ruszylem niby to zdecydowanie. Zrobilem cztery kroki i kierowca znalazl sie znow przy mnie.

- Poczekaj! To jest moneta! Rzucimy. Spadnie ta strona, to placisz 350, a ta to 400, o.k.?

- Dobra, zgadzam sie - dziekowalem w duchu, ze mnie zatrzymal, bo musialbym sam  zawrocic jak niepyszny.

- Trzysta piecdziesiat! - zawolalem gdy moneta upadla "moja" strona do gory. Kierowca zaklal pod nosem, ale slowo sie rzeklo i kazal wsiadac. W trakcie jazdy zorientowalem sie, ze zrobilem dobry interes, bo odleglosci miedzy poszczegolnymi miejscami byly rzeczywiscie bardzo duze. Zal mi sie nawet zrobilo poczciwego kierowcy, ale coz, business is business... 

Najpierw przyjechalismy do swiatyni Wat Panan Choeng. Mial znajdowac sie tam najwiekszy antyczny posag Buddy. Najpierw wszedlem do prawego skrzydla i wydawalo mi sie, ze zobaczylem go. Byl wielki, ale bez przesady. Po chwili poszedlem wiec zwiedzac dalej. I wtedy przez drzwi prowadzace do kolejnej sali spostrzeglem... kawalek nogi i tulowia Buddy. To byla figura, o ktora mi chodzilo! Budda byl rzeczywiscie ogromny. Mial grubo ponad 10 metrow wysokosci! Ponoc pochodzi z 1344 roku, a wiec jeszcze sprzed zalozenia stolicy, ktora Ayutthaya stala sie dopiero w 1350 roku i byla nia przez 417 lat, do czasu zdobycia jej przez Birmanczykow w 1767 roku. 

Nastepnie pojechalismy do Wat Chi Chaya Mongkol. Zostala ona mianowana krolewska swiatynia przez krola U-Thonga z chwila ustanowienia miasta stolica w 1350 roku. Wtedy nazywala sie Wat Chao Phya Thai, a obecna nazwe, ktora w tlumaczeniu na nsz jezyk oznacza Wielka Swiatynie Szczesliwego Zwyciestwa, otrzymala po zbudowaniu tytulowej swiatyni na pamiatke  zwyciestwa krola Naresuana nad Birmanczykami w 1593 roku. Dzis w wiekszosci kompleks ten stanowia ruiny, ale wokol mieszkaja mnisi i odbywaja sie tam nabozenstwa. Wejscie zas po schodach na gore, ktora stanowi zaledwie polowe wysokosci glownej budowli pozwala obserwoawac z gory cala okolice. 

Zalozenie, rozwoj i potega miasta mialy swe zrodlo w jego polozeniu na wyspie u zbiegu trzech glownych rzek: Lopburi, Pasak i Chao Phya. Mieszkancy Ayutthayi kontrolowali caly ruch odbywajacy sie ta jedyna dostepna wtedy droga. Miasto polozone na wyspie, otoczone bylo poteznymi murami. Powyzej opisane obiekty znajdowaly sie jednak wtedy poza jego granicami, na drugim brzegu rzeki. Teraz mielismy wjechac do miasta wlasciwego. Trzeba jednak najpierw wspomniec o jego historii.  Przez 417 lat panowalo w nim 33 krolow z pieciu dynastii. Pierwszym byl U-Tong. Ostatnim Eakatat. Kiedy krol Taksin Wielki odbil miasto z rak Birmanczykow, ustanowil nowa stolice w Thonburi, na zachodnim brzegu rzeki Chao Phya i zachecal mieszkancow Ayutthayi i okolic aby osiedlali sie wlasnie tam. Wkrotce mieszkancy obu miast: Thonburi i Ayutthayi przeniesli sie w dol rzeki, do zalozonego przez krola Rame I w 1692 roku Bangkoku. I tam tez przeniesiono stolice. Ayutthaya opustoszala i zaczela popadac w ruine. Dopiero w tym stuleciu zaczela rozwijac sie od nowa. W 1991 roku zas zostala wpisana na Liste Dziedzictwa Swiatowego, a od 1994 roku realizowany jest plan konserwacji i rozwoju starego miasta. To wszystko jest istotne aby zrozumiec dlaczego wspaniale rozwijajace sie miasto, ktore podziwiac mozna n.p. na jednym z obrazow w Rijksmuseum w Amsterdamie, praktycznie mnie dotrwalo do naszych czasow. To znaczy dotrwaly glownie ruiny i w takiej formie, jako park historyczny sa eksponowane. Przynajmniej narazie. 

Pierwszym odwiedzonym przeze mnie miejscem na wyspie byla Wat Mahathat, wielka kiedys swiatynia, zalozona w 1374 roku przez krola Boroma-Rachathirata I. Centralna czesc, w ktorej zlozone byly relikwie Buddy, miala wtedy wysokosc 50 metrow. Zawalila sie w 1911 roku i obecnie podziwiac mozna tylko jej podstawe. Z jednej strony robi wrazenie wielkosc calego kompleksu, zwlaszcza gdy widzi sie w tle pobliskie kolejne obiekty, jak chociazby wielka wieze swiatyni Wat Ratchaburana znajdujacej sie kilkaset metrow dalej, a zdrugiej przygnebiajaca jest pustka ruin, swiadomosc, ze dzis jest to tylko ogromne cmentarzysko. Daty nie dzialaja na wyobraznie. Znacznie lepiej robi to przyroda. Pien i korzenie wielkiego drzewa rozsadzaja powoli mur, otaczajac go z obydwu stron. Z drugiej jego strony w plataninie korzeni uwieziona jest... glowa Buddy.Ile lat potrzebowalo to drzewo by oplesc ja tak dokladnie? Drzewo, mur, glowa, splecione w jedno zrobily na mnie wieksze wrazenie niz wiekszosc pozostalych budowli. To zywe przeciez drzewo pamieta mnichow sprzed kilkuset lat. A moze nie? Moze bylo tylko swiadkiem upadku porzuconego miasta? 

Z Wat Mahathat pojechalem do Wihara Phra Mongkhon Bophit. Znajduje sie tam kolejny, ogromny posag Buddy, majacy ponoc 12 metrow wysokosci. Jest mlodszy od tego ogladanego na poczatku, poniewaz pochodzi z 1538 roku. W 1767 roku, podczas upadku Ayutthayi oryginalna swiatynia splonela, a figura zostala czesciowo zniszczona.Odrestaurowano ja i wybudowano nowa swiatynie dopiero w XX wieku.  Obok swiatyni znajduje sie kompleks krolewskiego palacu. Niewiele z niego zostalo. Mury, kolumny, fundamenty. Nad caloscia goruja piki kompleksu swiatyni Wat Phra Si Sanphet, ktora byla krolewska swiatynia, zalozona juz w 1448 roku. W jej trzech glownych budowlach spoczywaja prochy trzech krolow. Byli to: Boroma-Tri-Loka-Nat,Boroma-Rachathirat III oraz Ramathibodi II. Wejscia do dwoch z nich sa zamurowane. W trzeciej, otwartej z jednej strony, zagniezdzily sie nietoperze. 

Wiedzialem, ze to juz ostatni punkt programu. Trzeba bylo wracac na dworzec, lapac pociag do Bangkoku. Musialbym poswiecic co najmniej caly nastepny dzien aby obejrzec wszystko, a przynajmniej ze dwa dni aby moc to wszystko obejrzec swiadomie, czytajac o historii kazdego kompleksu i ogladajac detale. Mialem juz jednak obraz calosci, zobaczylem jedne z najwazniejszych obiektow, a moze bede mial kiedys okazje wybrac sie tam ponownie. Wtedy juz nie bede jechac w ciemno. 

Powrot do Bangkoku odbywal sie niemal w komfortowyvch warunkach. Byl to pociag pospieszny, bilet kosztowal drozej, bo cale 20 bahtow i mnostwo miejsc siedzacych pozostawalo wolnych. Po 75 minutach jazdy bylem z powrotem w obecnej stolicy.

  • Ayutthaya 12
  • Ayutthaya 01
  • Ayutthaya 02
  • Ayutthaya 03
  • Ayutthaya 04
  • Ayutthaya 05
  • Ayutthaya 06
  • Ayutthaya 08
  • Ayutthaya 09
  • Ayutthaya 11
  • Ayutthaya 07
  • Ayutthaya 08
  • Ayutthaya 09
  • Ayutthaya 10
  • Ayutthaya 13

Zaloguj się, aby skomentować tę podróż

Komentarze

  1. kuniu_ock
    kuniu_ock (17.05.2009 20:02) +1
    szczerze współczuję męki z upartym taksówkarzem.. jednocześnie gratuluję cierpliwości! :)
    mam nadzieję, że następna wyprawa będzie bardziej udana :)
    Pozdrawiam :)
    Krzysiek
  2. kwaczynski
    kwaczynski (09.01.2009 17:02) +1
    zycze wiecej pogody ducha. konwojazer wie, jak sobie zjednac miejscowych ludzi, a nie chodzic i krzyczec "place to wymagam", tak robia cioty (niestety). a jesli cie probuje bezczelnie zlupac (np. po kursie), chwycic za kark a nie biadolic i placic.